10 grudnia, 2016

typy

Taka jest już zasada. Czepiają się mnie albo na prawdę inteligentni i osobliwi faceci, albo świnie z siurkiem zamiast mózgu.
Z tymi drugimi jest najłatwiej. Trzeba oszacować, że właśnie są owymi świniami, nie robić sobie nadziei tylko odrzucić delikwenta lub pójść z nim do łóżka. Ot tak niezobowiązującego. Żadna z tych opcji nie jest dobra. Po podjęciu pierwszej, facet może poczuć się urażony, śmieszna męska duma. Zaczyna rozpowiadać plotki, przystawiać się do mojej przyjaciółki, bo w taki sposób jeśli mnie nie zdobędzie, to chociaż będzie miał jakąś inną.
Ten pierwszy typ faceta, inteligencika, jest bardziej męczący. Taki łatwo może oczarować sobą i tym co ma w głowie. Tacy są mega intrygujący, nie pokazują na czym im zależy za to pokazują zainteresowanie, a wtedy w głowie stos myśli... czemu się interesuje? Jaki ma w tym cel? Chce się przekonać o swojej wyższości, oplątać wokół palca i wykorzystać, zniszczyć, do czego ma naturalne predyspozycje wynikające z inteligencji i wiedzy? A może jest samotny i odważył się zagadać, ponieważ zauważył nie tylko ładną buzię?
A jeżeli wszystko na raz?
A jeżeli z samotności i ciekawości zagaduje z zamiarem zniszczenia?
Perspektywa zgnojenia emocjonalnego i uczuciowego jest zdecydowanie gorsza niżeli ta, zakładająca ploteczki i przyjaciółeczki. To drugie trwa chwilę, można to olać mając świadomość tego, iż znajomi i tak znają prawdę i tak poznają się o co chodzi. A w końcu na znajomych bardziej mi zależy niżeli na jakimś randomowym, sprośnym typie.

02 grudnia, 2016

Zainteresowania i perspektywy

Gonciarz mówi jak to ogranicza nas mieszkanie / przebywanie w jednym miejscu na świecie, bo przecież tyle jest miejsc, a one wszystkie zmieniają się z każdą sekundą i nigdy wszystkiego nie doświadczymy. Siedząc w miejscu na pewno nie doświadczymy chociaż ułamka tego wszystkiego.
A ja mam inny problem.
Jest tyle rzeczy które można robić, których można się nauczyć. Tak mało czasu żeby to zrobić, a jeszcze mniej czasu żeby być w tym dobrym.
Dla przykładu: można rysować. Robić to od czasu do czasu, jednak z każdym rysunkiem ćwiczyć. A można bazgrać ot tak i nie bardzo robić postępy, nie zastanawiać się w ogóle nad tym, nie brnąć w to - tak robi większość osób. Jednocześnie, chcąc być w tym dobrym, wypada rysować co dzień, co jest na prawdę czasochłonne. Traci się wtedy okazję na naukę czegoś innego - programowania, języka, gotowania, pisania, fotografii, komponowania muzyki.
Jak można próbować wszystkiego i jednocześnie być w czymś dobrym? Jak można mieć jedno zainteresowanie? Jest tyle interesujących rzeczy. Chciałabym umieć dobrze rysować, programować, nauczyć się nowego języka, zielarstwa i masy innych rzeczy.
I co z tego wychodzi?
Umiem wiele rzeczy... tylko, że nie bardzo. Znam język obcy, jednakże nie na takim poziomie na jakim bym chciała. Tak samo mam z rysunkiem. Z szydełkowaniem sprawa ma się inaczej. Nauka jest szybka, bo to prosta sprawa. Czasochłonne za to jest wykonanie. Można mieć wzór przed sobą, umieć wykonać słupki, pikotki itp., jednakże zajmuje to masę czasu. Pod tym kątem jestem już na etapie, na którym wystarczy mi świadomość umiejętności.
Ah! A poza uczeniem się i praktyką jest jeszcze inna kwestia. Kwestia znajomości. Chciałabym bym być bardziej obeznana z muzyką i sztuką, znać się na grach komputerowych, wiedzieć co jak i dlaczego. Kusi mnie nawet jakakolwiek wiedza na temat architektów i architektury.
I JAK TU WYBRAĆ STUDIA?
Jak tu się ograniczyć do jednej rzeczy? Spędzać co najmniej kilka godzin nad jedną rzeczą, nie mieć czasu i miejsca w głowie na opanowywanie innych rzeczy.
Jak można mieć doktorant w jednej wąskiej dziedzinie i nie znać się na czymś innym, a jednocześnie czuć się lepszym od innych?
Dlaczego człowiek, który ma doktorat z ekonomii uważa się za lepszego, a sam zna raptem podstawy w innych kierunkach?
Jak połączyć studia i perspektywę spędzenia reszty swojego życia, jeżeli tyle rzeczy cię interesuje? Czy trzeba się decydować na byle co, byle by mieć grosz?A potem wstaje się o 6 rano, uświadamia się sobie, że przez następne kilka / kilkanaście godzin będzie się męczyło, po powrocie do domu będzie się amebą. Przynajmniej na razie mam takie wrażenie i opinię. nara

17 listopada, 2016

Zaczęłam ćwiczyć!

Który to już raz? No cóż... najlepszym moim sposobem na schudnięcie było nie jedzenie niczego. Przyczyny były różne.
Przełom gimnazjum i podstawówki - do Anglii przeprowadza się moja najukochańsza przyjaciółka. Do tej pory nie miałam drugiej takiej osoby w swoim życiu. Obie zawsze miałyśmy jazdę na płaski brzuch Britney - moda, moda i jeszcze raz Bravo. Nie ćwiczyłyśmy, po prostu marzyłyśmy. Po jakimś czasie odnajdujemy się w internecie i z jej pomocą / za jej sprawą przestaję jeść. Jadam pół paluszka dziennie. Czasem coś więcej, próbuję wymusić wymioty, ale bardzo bardzo opornie mi to idzie. Chudnę.
Na koniec gimnazjum, podczas Zielonej Szkoły, stresowałam się dołączeniem bardzo zabawnych chłopaków do naszej dziewczyńskiej paczki. Jadałam ze 2 kanapki dziennie - pół rano, pół wieczorem a w między czasie równowartość kaloryczną jednej kanapki. Dużo chodziliśmy po górach, kościółkach, zabytkach, lasach itp. Wróciłam zdecydowanie chudsza, choć nie zauważyłam tego ja. Po tym jak w podstawówce mnie przezywano (dla zabawy, jak się potem dowiedziałam, w końcu byłam całkiem szczupła), komplementy lecące zewsząd były dla mnie tak samo zaskakujące jak i miłe.
Depresja i niechęć jedzenia, olbrzymi stres związany z nową szkołą - liceum do którego musiałam jeździć przez całe miasto. Nie znałam nikogo, a pewien chłopak bawił się mną i moimi uczuciami.
Po roku przytyłam niebotycznie. Z jakichś 53kg (170cm wzrostu) do niemalże 75kg. Zrobiły mi się rozstępy. Weszłam w związek, nieco schudłam, tak z 5kg. Był to okres fascynacji dietami i ćwiczeniami. Patrząc teraz na moich znajomych, którzy próbują schudnąć, śmiało stwierdzam, że wiem na ten temat na prawdę dużo. Zwłaszcza na temat diet.

~wracając do tematu

Cholernie stresujące rozstanie, nieudana matura i przygotowania do poprawki etc. Z powodu przeżytego szoku nie jadłam nic przez tydzień, a w drugim tygodniu zjadłam jeden mus jabłkowy (dostępny w sieciach Żabka). Tak. Jeden malutki kubeczek na cały tydzień, nie co dzień jeden kubeczek. Schudłam łącznie z 15kg, choć mogło to być nieco więcej, gdyż ważyłam się okazjonalnie w szkole - nie posiadam wagi w domu bo bym zwariowała. Czułam się świetnie, nie doskwierały mi NIGDY omdlenia, bóle głowy czy anemia.
Obecnie wszelkie wagi znajomych, te nowocześniejsze i starsze, wahają się od 59kg do 64kg. Nie zawsze ważę się na czczo i nie zawsze tą samą wagą. Podejrzewam, że mogę ważyć koło 62kg, co w okresie gimnazjalnym ustaliłam jako moja największa dopuszczalna waga. Gdy ją osiągałam, zaczynałam sobie odmawiać słodkości i zmniejszać posiłki. Gdy ją przekroczyłam to robiłam niezdrową głodówkę.

~W KAŻDYM RAZIE~

Który to już raz? Na pewno nie pierwszy. Na pewno nie 10. Próbowałam różnych ćwiczeń, diet i połączeń lub rozłączeń.
Ekspertem nie jestem, ale posiadam mocne podstawy takich odchudzań. Teraz jednak zależy mi na elastyczności, gibkości, zdrowiu. Nie zależy mi na tym, żeby schudnąć, bo... z czystym sumieniem stwierdzić nie mogę, iż się sobie podobam. Podobam się sobie, ale nie w 100%. Część rzeczy zaakceptowałam, stwierdziłam, że innych sobie nie odmówię, bo życie jest za krótkie i zbyt trudne. Jednakże... zaczęła mi znikać pupa, uda straciły jędrność, a mięśnie pleców zawsze miałam słabe i zawsze chciałam to zmienić, więc w sumie to do dzieła, nie? ;)

Miałam pewne wątpliwości w związku z ćwiczeniami.
Czy stretching po ćwiczeniach jest taki sam jak ten przed ćwiczeniami?
Co tam jeszcze było w tym cardio oprócz jednego czy dwóch ćwiczeń?
Jakby tu ułożyć trening żeby puls po cardio nie wrócił do normy w trakcie spokojnych ćwiczeń?

No i coś tam ułożyłam, wykonałam, jednak jest to za krótkie. Z pewnością potrzebuję znaleźć kilka ćwiczeń na plecy, ćwiczenia na całe ciało z wyłączeniem brzucha, którego nie chcę zbytnio obciążać.
Okazało się, że ćwiczenia, które ułożyłam zbytnio skupiają się na brzuchu. Dodam jeszcze parę 
ćwiczeń na pupę, które przy okazji ćwiczą nogi. Na razie wersja #1 wygląda tak:
stretching - cardio - plank - plecy - bieganie w miejscu - przysiady - hydrant - mostki - lekkie ćwiczenia brzucha (mięśnie górne, dolne oraz skośne) - rozciąganie

Potrzebuję czegoś między "brzuszkami" a rozciąganiem. Może ćwiczenia na szpagat? Albo przeniosę tam ćwiczenia na plecy.

Generalnie mam zamiar ćwiczyć 3 razy w tygodniu. Albo raczej tak... ostatnio co tydzień jestem zapraszana na weekend poza miasto. Wstydzę się przy innych ćwiczyć. Robiłabym tak: poniedziałek - przerwa - środa - przerwa - piątek, wyjazd, poniedziałek - przerwa - środa - przerwa - piątek - przerwa - niedziela samo rozciąganie, ćwiczenia na szpagat, może joga, poniedziałek - przerwa (..) wyjazd itd.

Choć znając samą siebie co dzień będę się rozciągać i truchtać w miejscu, a od czasu do czasu wykonam ćwiczenia, które sobie założyłam.

Chciałabym któregoś razu namówić moich weekendowych hostów do rozgrzewki razem ze mną, bo ja puszczam bardzo taneczną muzykę i trochę się wygłupiam tak jak mam na to ochotę. Z uśmiechem na twarzy. Oni nie robią ani cardio ani stretchingu, ale wszystko wiedzą najlepiej. Chcę ćwiczyć, ale często słyszę "o Jezu, jeszcze muszę dzisiaj poćwiczyć...". Mogę się założyć, że przed czerwcem coś się zepsuje, a już na pewno u jednej osoby.
.
.
.
Mam w sobie teraz taką małą "walkę". Z jednej strony chciałabym wyglądać niesamowicie szybciej niż oni, ale to się wiąże z przymusem i dietą, a pieniędzy nie mam; w dodatku Żabkowe 3 zapiekanki za 9zł to lepsza oferta obiadowa niż jakakolwiek inna. Do tego chcę ćwiczyć dla siebie, żebym się czuła rozruszana, żebym miała czyste sumienie gdy sobie pomyślę, że co dzień wstaję, myję się, jem i siedzę przed kompem do późna, idę spać. Tyle.

__________________

Tak, moje retrospekcje są trochę niezrozumiałe, jednakże nie mam zamiaru opisywać swojej biografii, zawierać imion czy żali.
No... może trochę żali : )

16 listopada, 2016

Pierniczki w czekoladzie

Zawsze lubiłam rysować. W sumie nie wiem czemu... teraz mi się to nie przydaje. Przed chwilą poczułam delikatny zapach pierniczków czekoladowych leżących obok mnie na biurku. Przywołały uczucia pełne poczucia bezpieczeństwa oraz przykry fakt niepowtarzalności dzieciństwa. Świadomość tego, że poczucie szczęścia, ciepła, bezpieczeństwa i braku obowiązków już nie powróci, a przynajmniej nie w tak magicznie dziecinnym wymiarze, wymusiła na mnie utrwalenie uczucia. Tylko jak? Złapałam za ołówek i blok rysunkowy. Znalazłam czysty kawałek papieru i... zapomniałam. Wiedziałam co chciałam utrwalić ale nie miałam pojęcia jak. Może barwne plamy farb na płótnie lub specjalistycznym papierze byłyby dobrym sposobem? Wydaje mi się to wczuwaniem w siebie, w kolor i malowanie tak, jak nam to nakazuje nasze wewnętrzne ja. Coś na zasadzie puszczenia muzyki i wyginania się tak jak chcemy, a nie tak jak nakazują odgórne wzory.
Poza pudełkiem.
Tylko, że ja nie umiem malować. Mam kilka pędzelków z czasów szkolnej plastyki, odpowiedni, choć malutki, papier specjalistyczny, ale żadnych farb.
Pff... nie umiem malować. Sama sobie zaprzeczam! MALOWANIE WNĘTRZA SIEBIE NIE WYMAGA UMIEJĘTNOŚCI MALARSKICH !!
Muzyka.
Mój drogi przyjaciel, muzyk, jest zdania iż muzyka jest królową sztuki. Parę razy debatowaliśmy na ten temat, gdyż ja uważałam, iż dobry obraz to więcej niż muzyka. Myślałam, że rysunkiem czy też malarstwem da się przekazać najwięcej. Pokazał mi iż się myliłam, choć mu o tym nie powiedziałam. Zdałam sobie z tego sprawę dziś.
Ile jest utworów, przy których mimowolnie się płacze? Przy których człowiek zawiesza się w czasoprzestrzeni, wegetując, pulsując całym sobą do rytmu lub do powolnych, pojedynczych nut uderzających w nas z całą swoją mocą. Zapewne łatwiej byłoby mi przekazywać rzeczy za pomocą nut...
Nie umiem przekazywać takich rzeczy. Umiem naprowadzić, mniej więcej powiedzieć o co mi chodzi i zachęcić aby człowiek sam doświadczał. A skoro nie umiem wyrażać i tłumaczyć, to jak miałabym "wylać z siebie" coś, co nie jest nawet myślą, tylko ulotną chwilą i ogromem emocji?
Jak można utrwalić coś, co eksplodowało w naszej głowie, uprzednio wylewając się z najbardziej zapomnianych czeluści serca, aby tylko przez sekundkę być czymś widzialnym i odczuwalnym pozostawiając po sobie rozbicie i niemoc?
Nie wiem czy mam duszę artystyczną, jednakże jestem pewna na 100%, iż każdy artysta zadał sobie to pytanie choć raz w życiu. Pewnie jedni zaraz znaleźli swój sposób, pewnie inni do końca życia nie byli usatysfakcjonowani swoimi staraniami.
.
.
.
.
Zapach pierniczków w czekoladzie... można to przywołać z pamięci. Ale co wtedy czuć? Co widać przed oczami? Ja czuję podrobioną masę czekoladopodobną, zbyt miękkie, sztuczne wnętrze. A teraz mam obok nie byle jakie pierniczki w prawdziwej czekoladzie. Pachną tak bardzo jak święta. Tak bardzo jak choinka, obok TV z bajką, za oknem śnieg, rodzina przy choince, uśmiechy. To można narysować, ale nie będzie to tym, co ja czuję, co mam przed oczami, co przywołuje określony zapach.